Jednopartówki i Opowiadania Bladego Księżyca

[19 stycznia 2017 r.]: Wszystkie komentarze o charakterze reklamowym pozostawione poza zakładką „Czytuję” będą usuwane.

poniedziałek, 26 marca 2018

Opowiadanie powstało na potrzeby "Konkursu zimowego" Mangowych Wywiadów. Jest to ostatnia moja praca biorąca udział w wydarzeniach tego organizatora. Gdyby ktoś był zainteresowany wynikami, zapraszam tu.

Harmonia świata, czyli emerytowany bóg tłumaczy na czym naprawdę polega magia świąt



               -         Co dzisiaj, dziadku? – Zapytała siadając po turecku, obok starego wysłużonego fotela i zadarła główkę, by spojrzeć w ciepłe, orzechowe oczy starca.
Starzec milczał przez chwilę i gładząc swoją długą, siwą brodę, z wielkim zainteresowaniem patrzył przed siebie,  jakby oglądał jakieś niewidzialne dla oczu innych obrazy. Jego twarz rozpogodziła się, jak gdyby zatopił się w swoich najszczęśliwszych wspomnieniach. Dziewczynka czekała w milczeniu, powstrzymując swoją ciekawość, bo nie miała serca przerywać mężczyźnie tak pięknej, sentymentalnej chwili. Wreszcie, po kilku minutach, które dla niej trwały o wiele za długo jak na minuty, a dla niego były jedynie mgnieniem, otrząsnął się z dziwnego letargu i poprawił kraciasty koc okrywający go chyba tylko dla zasady, bo w pomieszczeniu nie było na tyle zimno, aby był niezbędny. Ale właśnie tego wymagał taki wieczór.
               -         O czym mam ci dzisiaj opowiedzieć? – Zapytał ciepłym, choć nieco już schrypłym na przestrzeni lat głosem.
Dziewczynka co prawda zamyśliła się na chwilę, przykładając przy tym rękę do brody, ale wiedział, że to tylko gra, bo już od rana zastanawiała się na tym pytaniem i widział, kiedy tu przyszła, i siadała na miękkim, puchatym dywanie, że doskonale już wie, o czym chciałaby posłuchać.
               -         Opowiedz o zasadach rządzących światem ludzi. – Powiedziała w końcu, opuszczając dłoń i wyszczerzając rząd mlecznych zębów w dziecięcym uśmiechu, przez jednych tak kochanym, a przez innych nienawidzonym.
               -         Hmm… – Zamyślił się na krótko staruszek, a nie było to zamyślenie udawane, jak w przypadku dziewczynki. – A może wolałabyś opowieść o świątecznej magii? W końcu mamy zimę i zbliża się już Boże Narodzenie.
               -         Przecież magia nie istnieje! – Oburzyła się żywo, śmiesznie wydymając przy tym usta, jakby urażona tym, że próbował ją nabrać na coś tak dziecinnego.
               -         Ale niektórzy ludzie wierzą, że istnieje. Więcej, nawet nie tyle, że istnieje sama magia, co magia bożonarodzeniowych świąt.
               -         Skoro nie istnieje magia, to jak może istnieć magia świąt? To nielogiczne.
Dziadek zaśmiał się.
               -          To ludzie. Oni nie są logiczni, tylko głupi.
Dziewczynka zastanawiała się przez moment, tym razem niekłamanie i po chwili wahania powiedziała:
               -         Dobrze, opowiedz mi o magii świąt. – Starzec uśmiechnął się do niej, po czym obrócił głowę w stronę znajdującego się kilka kroków przed nimi kominka. – Ale masz wszystko dokładnie tłumaczyć, żebym rozumiała. Nie jak ostatnio – dodała dziewczynka, z niemym wyczekiwaniem wpatrując się w strzelające wesoło płomienie, ogrzewające wnętrze nie tylko swoją temperaturą, ale i kolorami, sprawiającymi, że cały pokoik wyglądał bardzo przytulnie.
Starzec skinął w potwierdzeniu, sięgnął do znajdującej się po prawej stronie fotela szafeczki i nabrał ze stojącej na niej misy garść srebrnawego pyłu, który następnie cisnął w hulający ogień.
Z paleniska wystrzelił mlecznej barwy dym, powoli i subtelnie rozpraszający się w lekkie mgły, kanwę, na której srebrnawe płomienie wyprojektowały bezdźwięczne, ruchome obrazy, przywodzące na myśl nieme filmy znane ze świata ludzi, choć te, pełne były barw odwzorowujących, niekiedy głęboko skrywane, uczucia ich bohaterów.

Boże Narodzenie – rok 2017.
               -         Widzisz tego mężczyznę? – Zapytał starzec, a kiedy dziewczynka skinęła główką, kontynuował – to Uchiha Madara. Jest w gruncie rzeczy dobrym chłopakiem, czy raczej powinienem powiedzieć: młodym mężczyzną. Całe dotychczasowe życie poświęcał swojej rodzinie, ze szczególnym uwzględnieniem młodszego o cztery lata brata. Jednak Izuna - jedyna jak dotąd jego miłość, a gwarantuję ci, iż drugiej tak czystej i bezinteresownej w życiu miał nie będzie, umarł przed dziewiętnastoma dniami. Jak widzisz Madara zwija się na podłodze, odziany w barwy uzewnętrzniające jego ból, rozpacz, żal, poczucie bezsilności i niesprawiedliwości. Swoją drogą, to bardzo naiwne, ale tacy już są ludzie. Uchiha, jak już ci wspomniałem, jest dobry - zawsze wyrozumiały i chętnie ofiarujący pomoc, tym, którzy jej potrzebują; ale patrz.
              [ Kruczowłosy młodzieniec poderwał swoje ciało z drewnianej podłogi tak, że wylądował na kolanach. Nienawidzę cię! Krzyczał w stronę sufitu, choć zapewne zwracał się albo do jakiejś nadprzyrodzonej istoty, sądząc, jakże głupio zresztą, że będzie ją coś takiego interesowało, albo w stronę, co mniej prawdopodobne, swojego zmarłego braciszka, próbując obarczyć go winą, za to, że umarł, co z kolei byłoby wielce egoistyczne. To ostatnie określenie jest tutaj najbardziej kluczowe, ponieważ przekłada się na to wszystko, co następuję w kolejnym roku. ]
Uchiha Madara szedł wolno ulicą nie spiesząc się nigdzie. Jego zmarszczone brwi sprawiały, że wszyscy przechodnie przezornie schodzili mu z drogi, chociaż on ich nawet nie zauważał. Był pogrążony we własnych myślach. Mijał właśnie rok, odkąd jego ukochany braciszek nie żył, a o nim samym powiadano, że zmienił się nie do poznania. Przyjaciele i najbliżsi odsunęli się od niego po tym, jak zrujnował doszczętnie rodzinne spotkanie; ale on się tym nie przejmował. Po pierwsze, było to już stosunkowo dawno, bo ponad osiem miesięcy temu, a przy jego aktualnym trybie życia, gdzie monotonia każdego dzisiaj niczym się nie różniła od poprzedzającego, jak i następującego po nim dnia, tak, że śmiało mógł na dzisiaj mówić zarówno wczoraj, jak i jutro czy pojutrze albo przedwczoraj, tydzień temu bądź miesiąc, więc zdążył się przyzwyczaić do faktu, że wszyscy go opuścili i pozostał sam. A po drugie, co ważniejsze, uważał, że wcale nie zrobił nic złego; w końcu to oni mieli czelność zachowywać się, jakby nic się nie stało, a przecież się stało. Jakim prawem byli, czy choćby próbowali być szczęśliwi, skoro jego ukochany braciszek nie mógł, bo nie żył. Jak mogli tak łatwo o nim zapomnieć i już po zaledwie kilku tygodniach zapijać swój żal, który w jego opinii wciąż powinien być zbyt duży, by pozwalać im normalnie funkcjonować. Był zbyt okrutny? Jego zdaniem zdecydowanie za mało. Gardził ludźmi, którzy potrafili żyć normalnie ignorując tragedię, jaka go spotkała. Czy był człowiekiem złym? Nie uważał tak. Po prostu mścił się. Ale ocena innych, uchodząca w ogólnym rozumieniu za obiektywną, była dla niego równie bezlitosna, jak on dla ludzi. Nie było mu żal ani chłopaka, którego pokiereszował wczorajszej nocy w barze z powodu różnicy światopoglądowej, ani osieroconej, głodnej dziewczynki, która ze śliną niemal cieknącą po brodzie wpatrywała się chwilę temu w jego jakże smakowitą kanapkę zakupioną w piekarni - bo i niby dlaczego miałaby go jakaś obca smarkula obchodzić? No właśnie. Nie zważając na kogokolwiek kto nie był nim, szedł tego wieczoru wolnym krokiem przed siebie, zmierzając nieświadomie wprost w ramiona kolejnego plot twista jaki przygotował mu los na drodze jego życia.

Obraz zafalował lekko i znikł przesłonięty kolejną projekcją.

               -         Widzisz tego mężczyznę? – Zapytał starzec, a kiedy dziewczynka skinęła główką, kontynuował – to Orochimaru. Kilka miesięcy temu jego matka, która samotnie go wychowywała, starając się zapewnić mu jak najlepszy byt, ciężko zachorowała. Lekarze nie dawali jej zbyt dużych szans na przeżycie, a żeby być uczciwym, to należałoby powiedzieć, że nawet znikome. Jednak ostatnio zaczęły wracać do niej siły i cztery dni temu wyszła ze szpitala, wracając do domu i do zdrowia. Ten chłopak to straszliwy dupek; tak można by go najprościej scharakteryzować. Nikim się nie przejmuje i nie widzi nic, poza czubkiem własnego nosa. Lista jego przewinień przeciw moralności ludzkiej, obowiązującemu prawu i dobrym obyczajom, jest dość długa, by ją wymieniać, a już na pewno nie powinny być świadkami takiego odczytu dzieci, co by nie demoralizować młodego pokolenia; ale patrz.
                          [ Bardzo blady chłopak o czarnych włosach i złotych oczach prowadził pod rękę starszą kobietę. Wyglądała na osłabioną, ale uśmiechała się. Nie robił nic wielkiego, tylko pomagał jej przejść z jednego pomieszczenia do drugiego w ich dość dużym domu, po czym posadził ją delikatnie na sofie w salonie i podał filiżankę z parującą herbatą. Przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od jej rozpromienionej, mimo wyraźnego zmęczenia, twarzy, a jego ubranie przybrało zieloną barwę nadziei i powrotu do życia oraz białawą, symbolizującą światło rozpraszające mrok. ]
Orochimaru szedł powoli ulicą i z zachwytem przyglądał się wirującym płatkom śniegu. Widok ten cieszył go, jak małe dziecko, chociaż był już dorosłym, po którym nikt by się tego nie spodziewał. Mijał niemal rok, odkąd jego mama powróciła do zdrowia, a on wreszcie rozumiał, że uszczęśliwiając innych sam może stać się szczęśliwy. Nie dało się ukryć, że od pewnego czasu ludzie lgnęli do niego, twierdząc, że całkiem dobrze czują się w towarzystwie kogoś, kto zawsze ich pocieszy i posłuży dobrą radą. Mało jest tak pomocnych i wrażliwych na krzywdę innych ludzi, jak on. Obserwowanie uśmiechu na twarzach wszystkich dookoła sprawiało mu od niemal roku niekłamaną radość. Doceniał to, co miał i cieszył się z drobnostek, takich jak ten taniec śniegu, ignorując niedogodności, jakie powodował chłód. Teraz jednak, nie mając o niczym pojęcia, zmierzał w stronę własnego przeznaczenia, które znów zadziwi świat.

               -         Czy wiesz już, co to takiego magia świąt?
               -         Wymiana dobra i zła.
               -         Nie.
               -         Nie? – Zapytała szczerze zdziwiona, że zaprzeczył, burząc tym samym jej opartą na całkowicie logicznych podstawach teorię.
               -         Nie. Ludzie mają skłonność, by w złym dopatrywać się choć promyka dobra, dlatego, kiedy w kimś, w kim dotąd przeważało zło zacznie przeważać dobro i wydarzenie to ma miejsce zimą, w okolicach końca grudnia, powiadają, że odmieniła go magia świąt. Oczywiście dotyczy to tylko zmiany pozytywnej. Z racji, że żadnemu człowiekowi nigdy nie przyszło do głowy, by w kimś dobrym próbować dopatrywać się choć cienia zła, zmiana w drugą stronę jest ignorowana do momentu, aż świąteczny czas przeminie a ona sama stanie się na tyle uciążliwa, że uniemożliwi dalsze pomijanie jej milczeniem.
               -         Dziwne – zawyrokowała po chwili zamyślenia dziewczynka.
               -         Owszem. Chcesz wiedzieć co będzie dalej?
               -         Tak.

Boże Narodzenie – rok 2018.
               -         To znany nam już Uchiha Madara. Jest do szpiku kości zły, co potwierdza chociażby fakt, że zignorował katowanego w ciemnym zaułku człowieka, którego mógł spotkać znacznie gorszy od pobytu w szpitalu los, co mało go obchodziło. Uważał, że jeżeli on nie może być szczęśliwy, to dlaczego mieliby być inni. Zaczął sądzić, że na nieszczęścia wcale nie trzeba sobie zasługiwać złym postępowaniem. Co niby złego zrobił jego brat, że stracił życie? Nic! Dlaczego więc ktoś ma żyć, skoro Izuna już nie może? Krótko mówiąc potwór w ludzkim ciele; ale patrz.
                [ Schodząc z mostu biegnącego nad zamarzniętą już rzeczką, wpadł na kogoś, kto przewrócił się na zamarznięty wąski chodniczek, boleśnie obijając sobie przy tym kolana. Jęk nie przykuł zimniejszego od lodu spojrzenia Madary, ale gdy bez słowa wymijał przeszkodę, która niespodziewanie pojawiła się na jego drodze, zauważył, że rozwiązał mu się but. Przykucnął na chwilę by go zawiązać, kiedy staranowany przez niego dzieciak podniósł się i jego buzia pojawiła się tuż przed twarzą Uchihy. Kruczowłosy zamarł. Chłopiec był tak łudząco podobny do jego braciszka, gdy ten chodził jeszcze do pierwszych klas podstawówki, że o mało nie porwał masującego sobie boleśnie obite kolano, w ramiona. Po chwili wpatrywania się w niego, która zdawała się trwać wieczność, powiedział słowa, jakich nie spodziewał się skierować już nigdy do nikogo: Przepraszam...]
    Uchiha Madara szedł wolno wśród wirujących płatków śniegu. Minęły niemal dwa lata odkąd jego braciszek umarł i rok od dnia, w którym spotkał dziecko przypominające mu małego Izunę. Nie można być wiecznie zgorzkniałym, wrednym chamem, którego nie interesuje nic, poza nim samym. Zrozumiał, że zmienił się w sposób, który w  jego bracie wywołałby zapewne obrzydzenie. W końcu, jakby nie patrzeć, był przez niego uwielbiany za wspaniałomyślność. Czy jego brat kochałby człowieka, którym stał się po jego śmierci? Doszedł do koszmarnego wniosku, że nie. Postawił odkopać wszystkie ludzkie uczucia, które pochował wraz z ciałem młodszego Uchihy. Nie było łatwo, jednak udało mu się, dzięki temu biednemu chłopcu, którego nie mógł przecież pozostawić na pastwę losu. Tak bardzo przypominał mu szczęśliwe chwile z dzieciństwa, że nie był w stanie odmówić mu tego samego. Śnieg osadzał się na jego czapce, warstwą grubą niczym jego myśli, ale on, nie zważając na to i niosąc pod pachą dużą pluszową zabawkę, zmierzał do domu, by jego mały podopieczny nie musiał się zbyt długo niepokoić. W końcu zbliżały się święta, a co mu niesie przyszłość, nie wiedział.

Obraz zafalował lekko i znikł przesłonięty kolejną projekcją.

               -         To znany nam już Orochimaru, dobry chłopak o wielkim sercu, w którym każdy wyziębiony bezlitosnym chłodem biegu swojego życia może znaleźć trochę ciepła, by się ogrzać. Jednym zdaniem - człowiek z sercem na dłoni. Powiadają o nim, że udowodnił, iż nawet diabeł może się przemienić w anioła; ale patrz.
                        [ Brunet o niezwykle bladej karnacji uderzył w twarz człowieka, którego od dzieciństwa uważał za swojego przyjaciela. Życie rewiduje wiele z tego, co ludzie sobie naiwnie swoimi mózgami myślą. To, że uważa się kogoś za sprzymierzeńca, nie oznacza, iż jest nim w rzeczywistości. Ta potrafi zadziwić i Orochimaru ciskał znajdującymi się nieopodal przedmiotami próbując ukoić wściekłość na samego siebie. Jak mógł być tak ślepy? Może naiwny? O nie, już więcej nie dopuści do tego, by ktoś tak z nim pogrywał. „Chcesz pokoju? – Szykuj się na wojnę”, wszak nie od dziś wiadomo, że najlepszą formą obrony jest atak. ]
Szedł powoli ośnieżoną uliczką, pozwalając by wiatr rozwiewał jego długie czarne włosy. Nie zwracał kompletnie uwagi na potrącanych przez siebie ludzi, choć niektórzy próbowali całkiem żywo protestować, nie zaszczycał ich nawet spojrzeniem. Był ponury i cyniczny, od prawie roku nie widząc powodu, by posłać komukolwiek chociażby cień uśmiechu. Odkąd zrozumiał, że lepiej jest ranić, niż być ranionym, ludzie nie mieli z nim lekko. Jego brzytwa sarkastycznych uwag od dawna nie była w spoczynku, a ciosy nią zadawał na ślepo, by nikt nie był wstanie zbliżyć się do niego na tyle, by wyprowadzić własny. Teraz jego ciężkie kroki, które z trudem stawiał wśród grubej warstwy śniegu, prowadziły go ku dalszemu przeznaczeniu.

Obraz zafalował lekko i zaczęła go przesłaniać kolejna projekcja.

                                                                                     Boże Narodzenie – rok 2019.
               -         Jak pamiętasz zapewne, Madara jest jednak dobry, po prostu przechodził kryzys, ale to na szczęście już stare dzieje i można optymistycznie patrzeć w przyszłość, jaką szykuje dla niego los, czy jakby zapewne stwierdziłby on sam, gdyby wiedział, co się wydarzy: raczej ponadczasowe fatum starożytnych Greków… Niemal rok temu, cztery dni po Wigilii, jego przybrany braciszek wpadł pod samochód; zginął na miejscu.

Projekcja zafalowała nieco mocniej w stopniowo rozpraszającej się mgle, aż znikła całkowicie.

               -         Wiesz, co będzie dalej? Ku czemu ta historia zmierza?
               -         Tak. – Odparła dziewczynka pewnym głosem i starzec wiedział, że tym razem dziecko się nie myli.
               -         W świecie nigdy nie przybywa ani dobra, ani zła. Jest ich ciągle tyle samo, ale znajdują się w nieustannym ruchu, przez co ich proporcje w danych miejscach mogą się na przestrzeni czasu znacznie wahać; jednak ogólna ich wartość wynosi zawsze tyle samo - sumują się do zera. Musi być zachowana harmonia. Tylko dzięki niej może istnieć porządek rzeczy, a co za nim idzie - świat ludzi.
               -         Magia świąt jest bardzo złudna. Niby czyni dobro otwierając ludzkie serca, ale też rani serca tych, którzy pozostają samotni, mimo jej rzekomego działania. – Zauważyła z pewnym rozczarowaniem.
               -         Bo dobro nie może istnieć bez zła. I tego nie jest w stanie zmienić żadna magia - nawet ta. 



s

czwartek, 14 września 2017

Oniryczna, przynajmniej w założeniu, opowieść wyróżniona w przedwojennym konkursie „Już nie zapomnisz mnie”. Po przesłaniu organizatorom tekstu, nieznacznie go zmodyfikowałam i rozszerzyłam, w związku z czym publikowana tu przeze mnie wersja nie jest w stu procentach zgodna z nagrodzoną. Jeśli ktoś chciałby przeczytać nieco krótszą, konkursową odsłonę pracy, to zapraszam na stronę z wynikami. Tam, po kliknięciu w tytuł („Niewinność śniegu”) bądź pseudonim autora można zapoznać się zarówno  z treścią, jak i ocenami poszczególnych jurorów. Zapraszam!



„Martwi w krainie śniegu”
[edycja rozszerzona]
na podstawie piosenki Karola Hanusza "Śnieg"


Padał śnieg, a ona piła wino. Dużo wina. I nie czuła nic, niemo zaklęta w przeszłości. Bezruchoma w otchłani wspomnień, oddychająca tylko czasami, szybkimi lecz płytkimi wdechami, jakby wyłącznie dla podtrzymania funkcji życiowych, zastygłych gdzieś w odległych wnętrznościach jej duszy, o lokalizacji trudnej do sprecyzowania, gdzieś na granicach bytu i niebytu, gdzie nie ma ani przestrzeni ani czasu. Wichry huczały wokół porywając w górę, niczym tiulową zasłonę, płatki skrzące się w świetle księżyca, jak gwiezdny pył i tarmosząc gibkimi czubkami sosen, jakby chciały je od ich ciemnozielonych, kłujących tułowi oderwać, i posłać w czarne ramiona tej zimowej bezgwiezdnej nocy. A ona, skąpana w ciepłych barwach trzaskających nieopodal w kominku wesołych płomieni, siedziała ze wzrokiem utkwionym w bliżej nieokreślonej przestrzeni przed sobą. Wspomnienia naokół wystrzeliwały i gasły, niczym iskry próbujące ujść przed zaborczą a gorącą miłością ognia, która zbyt je pali, by mogły pozostać w niej skąpane, a której brak tak rychło prowadzi je do zguby. Palcami, mimowolnie, jakby w automatycznym, ze świadomości wyjętym geście, przesuwała niemrawo po nóżce kieliszka tak gładkiej, tak smukłej, że wręcz zdawałoby się, iż możliwej do złamania przez tę pieszczotę niegroźną a na wpół niedbałą.
I wówczas, jakby ta podpora pełnej trunku czary była drogą dla jej myśli, pobiegły one równie prędko co niekontrolowanie w stronę krain nie tak odległych i nie tak starych, ale pamiętających, tak jak ona, o tym, co ich.

~  *  ~  ~  *  ~  ~  *  ~

Gdzieś w oddali słychać było dzwonki sań a gałązki bzów przymarzały do jej palców.
Tam on szedł. Był oszalały, na wpół pobladły i wiądł. Kwiaty gniły pod jego stopami. A on szedł. I ona to widziała, każdy szczegół. Ale i tak, choć znała ze słyszenia historie liczne, miała nadzieję, że los może być odmienny, łaskawszy dla niej, niż powiadali, że był dla innych. Z tą płonnością rozpychającą się w sercu, pochwyciła jego zimną niczym sam lód dłoń i ruszyła, by pomknąć ku przygodzie, ku szczęściu nieznanego przekleństwa. Odtąd już nie patrzyła i nie myślała.
I, nie dostrzegając śladów zostawianych przez niego, wraz z nim poszło jej życie, niepostrzeżenie gnijąc w iluzji bogatych krain, gdzie szczęście kwitnie bujnie jak kwiecie a nie zna się łez innych niż deszcz. Trwając u boku panicza marzeń jej żywot przyspieszał swe tempo i w miejscu mijał szybciej, stopniowo obracając się w pył, niezauważenie odchodząc w nicość, jakby nigdy nie istniał. Ale ona tego nie widziała, oczy utkwiwszy w jego obliczu i nie mogąc, nie chcąc spojrzeć na siebie, myślała o słonecznym uśmiechu losu, nie słysząc w nim drwiny, o pomyślnej odmianie bytu, nie bacząc na jej ironię, zatapiała się w świecie bogactwa, nie rozpoznając cynizmu w dźwięku rozsypujących się monet, podziwiając idylliczną egzystencję pełną przyjemności w ogrodach wygody, nie czując sarkastycznych powiewów ciepłego wiatru, co rozwiewał jej rude włosy.  Dla niej śpiewały ptaki, on szedł, a kwiaty roztaczały wokół swoją ciężko-słodką woń, upajając niczym wino, którego smaku nie znała. Dla niej w nim było dobro i miłość, a jego ramiona bezpieczne i ciepłe, jego usta orzeźwiające niczym górski strumień o słowach przejrzystych i niezmąconych. Tak myślała, podporządkowując tym sądom całe swoje życie. Sen na jawie, w który uwierzyła, iż jest rzeczywistością. Kraina iluzji, którą wzięła za swój świat. Nieświadoma nieuchronności fizycznych właściwości Wszechświata, wierzyła w wieczność, niezmienność, nieprzemijalność i nieśmiertelność jej wizji. I chciała wierzyć, iż bóg widział, że to było dobre do czasu. Jakim cudem tak szybko? Niespodziewanym było dla niej nagłe zatrzymanie się i choć chciała, nie mogła iść dalej, bo nie miała już w jaki sposób. Przeminęła. Nawet czas ma swój kres.
Spojrzała na jego plecy z nadzieją, że się odwróci i zatrzyma, zostając z nią w tym miejscu. On jednak tylko szedł, więc chciała go zawołać, ale nie miała już ani gardła, ani strun głosowych, ani ust, chciała pochwycić jego dłoń, ale nie miała już własnej, chciała pobiec za nim, ale nie miała już stóp ni nóg, chciała na niego po raz ostatni spojrzeć i zapłakać, lecz nie miała już ani oczu, ani kanałów łzowych. Nie miała już nic. Nawet pamięci, by przypomnieć sobie, że kiedyś żyła. Pochwyciła jej żywot nicość i znikł w niej, jakby nigdy nie istniał, i nie zostało po nim nic.
A on szedł.

~  *  ~  ~  *  ~  ~  *  ~

Poetyczna epickość zimowych pejzaży, ich malarskość eteryczna, mglista, nagle niemo zastygły i przestały mieć znaczenie. Stały się drugoplanowe, zbladły, zaczęły się oddalać w oczach. Świat wokół, tak zachwycający, emanował wprost abstrakcyjnie lodowatym pięknem i odrealniał się z sekundy na sekundę, z oddechu na oddech. Chłód rozpaczy przeniknął na wskroś jej ciało, skuwając wieczną zmarzliną serce, które toczyło krew gorącą niczym ogień, a teraz kostniało, zranione oziębłym grotem miłości pozornej. Łzy na policzkach zamarzały, przyozdabiając jej twarz mieniącymi się brylantami lodu, majestatycznymi i unikatowymi - najcenniejszą ozdobą, jaką kiedykolwiek miała. Oszronione rzęsy opadały powoli, białymi wachlarzami ciężkimi od znużenia, senności i rozczarowania, czekając na żal, skryty na dnie jego oczu, żal którego widok nie nadchodził, gdyż najpewniej - w tych oczach uczuciami jałowych - nie istniał.
Świadomość, która przyszła prawdą i nieuchronnością, obojętna, czarna o poranku, świadomość bezapelacyjna, okryła ją - zziębniętą bezdusznością i krzywdą, upokorzoną do białych kości - swoim miękkim, futrzanym płaszczem wiekuiście niewzruszalnego spokoju, powodując fale przyjemnego ciepła, coraz śmielej rozchodzącego się po jej ciele oraz zwalniając tryby zegara, tykającego coraz wolniejszymi i cichszymi uderzeniami topniejącego serca. Zimna dłoń... Niewinność... Śnieg... Niewinność... Kwiat... Niewinność... Wóz... Niewinność... Zamek... Naiwność... Kominek... Naiwność... Wino... Naiwność... Noc... Naiwność...
I nie potrafiła już płakać zmiażdżona topornym obliczem białej beznadziei. Zrozumiawszy, zastygła na wieczność.




wtorek, 27 grudnia 2016


Opowiadanie powstałe na potrzeby Zimowego konkursu Mangowych Wywiadów, w którym nie wygrało nic, ale skorom już je napisała, to się podzielę.    


                       „Śmierć Bogów



„A wszystko co kochałem – kochałem w samotności” Edgar Allan Poe


„U kresu starego czasu. Świat shinobi – Ery wojen – Kraina śmierci”

-         H: Kiedy był dzieckiem zupełnie inaczej wyglądała u nas miłość. To inne wyobrażenie zostało mu wpojone automatycznie tak, jak nam wszystkim. Dopiero później, na mocy własnych doświadczeń, można było zweryfikować faktyczny stan i dokonać przewartościowania swojego życia. Ale on nie miał, nie znał z autopsji nic, co pozwoliłyby mu zmienić, ten obrany już w najmłodszych latach, tok myślenia. Wszystko, co się działo wokół, tylko utwierdzało w nim ten, przekazywany nam przez pokolenia naszych klanów, schemat. I on tak właśnie żył. Znając tylko ból; w ten właśnie sposób interpretował miłość – jako ból po utraconej więzi. Z czasem przyzwyczajał się do niego i traktował jak wiernego towarzysza podróży, którego, choć z chęcią by się pozbyło niczym niewygodnego świadka kompromitującego zdarzenia, znosi się, by nie czuć pustki -  tak dotkliwej, bezdennie przeraźliwej pustej pustki, od której lepszy jest już nawet on. Dzięki takim wnioskom akceptował brutalne realia naszego przesiąkniętego przedwczesną śmiercią w walce, krwawego świata.

-         T: Czy wiecie, że herb rodu Uchiha był niegdyś w całości biały? Zmieniło się to w dziewiątym roku Ery Walczących Klanów. Wówczas doszło do straszliwej rzezi niemal całej męskiej części rodziny. Kroniki klanowe podają, że niejaka Uchiha Mikoto, wchodząc do sali reprezentacyjnej w świątyni Uchiha, zobaczyła zmasakrowane ciała swoich bliskich, wówczas, tu pozwolę sobie zacytować: „śnieżnobiała dłoń kobiety upuściła w trwodze wachlarz służący do rozniecania ognia, w kałużę ich własnej krwi, krwi w której leżeli pomordowani, martwi, tak po prostu bez życia.” Jakiś czas po niej, jak głoszą podania, do pomieszczenia wszedł Uchiha Kagami – znany wówczas wojownik, i zastawszy ten widok, podniósł rzeczony wachlarz z posadzki; wachlarz nasiąkły krwią jego biskich… I w niemym geście rozpaczliwej żałoby uniósł go nad głowę. Bo ich „rodziny już żaden wachlarz nie mógł ocucić, ich ogień bezpowrotnie zgasł.„

-         H: Wówczas, ta ogromna plama krwi odcisnęła swoje czerwone, lepko-gorące przekleństwo na całym tym zacnym klanie. I mnożyła wciąż te czerwienie, i te plamy, aż u kresu starego czasu skumulowały się w postaci Madary, naznaczając go tą cienką lecz głęboką skazą miłości rozumianej poprzez ból, wiodącej na samo dno piekła.

          -         Czy to rodzinne piętno ukształtowało Uchihę Madarę jako osobę?

-         H: Tak, oczywiście nie pozostało to bez śladu, ale sądzę, że znacznie przecenia się wpływ krwawych dziejów jego klanu na niego samego. Większą uwagę zwróciłbym na jego własne doświadczenia, które kolekcjonujemy od narodzin i to, moim zdaniem, one kształtują nas najbardziej. Ja znam Madarę, znałem go i w latach jego wczesnej młodości, kiedy to najintensywniej formują się nasze charaktery. Zastanówmy się chwilę nad tym okresem w jego życiu. Najpierw stracił niemal całe rodzeństwo, które zginęło w walkach, później odebrana mu została nasza zakazana przyjaźń – a była chyba jedyną głęboką pozarodzinną więzią jaką posiadał, a na koniec stracił swojego najukochańszego młodszego brata. Same traumatyczne przeżycia, szczególnie dla kogoś tak wrażliwego. On nie miał doświadczeń, które przeczyły by temu, że jeśli kochasz – to cierpisz.

          -         Te traumatyczne przeżycia doprowadziły go do wszczęcia wojny u kresu starego czasu? Nie bardzo chyba rozumiem w jaki sposób.

-         H: Nasz świat, świat shinobi  opierał się na jednym, za to podstawowym równaniu – miłość równa się ból. Madara chciał to zmienić. Stworzyć nowy świat, gdzie można bez przeszkód cieszyć się obecnością swoich bliskich i dzielić się miłością.

          -         Usprawiedliwia pan to, co zrobił? Wszczął straszliwą wojnę tylko dla zrealizowania swojej wizji.

-         H: Nie mówię, że wszystko, co robił Madara było w stu procentach cacy, ale demonizowanie go to krzywdząca ocena. Doprowadził do wojny, to prawda, ale spójrzmy, co dzięki temu mamy. To potężna moc Uchihy sprawiła, że jesteśmy teraz tu, gdzie jesteśmy, że żyje nam się dostatnio i wygodnie, że nie przelewamy ciągle krwi w kolejnych wojnach, że możemy w spokoju wychowywać nasze dzieci, nie martwiąc się stale o ich życie i z odważną nadzieją patrzeć w przyszłość. Teraz dorasta pierwsze pokolenie, które urodziło się już tutaj – w nowej rzeczywistości, w nowym czasie; pierwsze pokolenie, które nie zna smaku śmierci, krwi i nieustannych walk. To cud. Cud, który ziścił się wyłącznie dzięki Madarze.
  
          -         Pan zgadza się ze słowami pańskiego brata? Byliście z Uchihą Madarą wrogami.

-         T: Nasza wzajemna antypatia ma podłoże o nieco innym charakterze i nie chciałbym tutaj tego roztrząsać. Trudno się nie zgodzić co do realiów tamtych czasów. Faktem jest, że teraz żyje się wygodnie, ale nie należę do zwolenników strategii: po trupach do celu.

          -         Zabił pan Madarze młodszego brata, Izunę…

-         A krewni Madary zabili moich braci, takie były czasy. Mordowaliśmy się po równo – oni nas, my ich.  Tak, moim zdaniem też, w nowej rzeczywistości żyje się nam lepiej. Ale nie mamy prawa oceniać czy warto było zmusić ninja do przejścia przez straszliwy koszmar IV Wielkiej Wojny Shinobi, aby osiągnąć to, co jest teraz. Dlatego ja byłem za skazaniem Uchihy.

-         H: Ja się nie zgodzę. Wiedziemy tu bardzo wygodne i dostatnie życie, mamy niemal gwarancję całkowitego bezpieczeństwa. Nikt, i przyznajmy to uczciwie sami przed sobą, nikt z nas nie wymieniłby tego co ma teraz, na nic innego. A wszystko to, co jest, powstało dzięki Madarze, jego samotnej walce, bo nie zapominajmy – on nie miał sojuszników i dzięki jego poświęceniu. Oskarżanie go za to, że nastały czasy pokoju, o których marzyliśmy my i nasi przodkowie, to szczyt hipokryzji. Ja jestem świadomy, że za sprawą strachu przed jego potężną mocą, różne wieści krążyły i krążą o Madarze, kreując go na potwora bez serca, ale to nie prawda. Po prostu jest wybitnie zachowawczy w okazywaniu emocji;  jednak to, że ich nie pokazuje nie znaczy, że nie posiada uczuć. Ja go znam – to wrażliwy, pełen miłości człowiek.

          -         Więc, gdy weźmie się pod uwagę skutki, tak jak kiedyś powiedział Might Guy: „młodość może zostać wybaczona”?

-         H: Trzeba zwrócić uwagę na sytuację jaka wówczas panowała. Nie mamy prawa oceniać Madary z perspektywy naszego obecnego – wygodnego i bezpiecznego świata. Uważam, że zamiast się go bać, powinniśmy postarać się go zrozumieć i docenić jego poświęcenie, z którego efektów wszyscy teraz korzystamy.

          -         Czy warto było przejść przez śmierć, aby spełnić swoje marzenie o idealnym, pełnym miłości i pokoju świecie?

-         H: O to musiałaby pani zapytać samego Madarę.

          -         Pan też żyje teraz już po raz trzeci.

-         H: Po raz drugi właściwie, jak spora część ninja. Żyłem i umarłem – jak każdy, później zostałem wskrzeszony podczas IV Wojny i trwałem, bo trudno egzystowanie w Edo Tensei – technice stworzonej w świecie shinobi przez mojego brata – nazwać życiem, a teraz żyję, prawdziwie żyję, po raz drugi. Może to nienaturalne, skomplikowane, a dla niektórych i męczące, ale ja cieszę się, że dane mi było zobaczyć ten nowy świat, świat o którym skrycie marzyliśmy, bo zdawał się wówczas tak nierealny, że na głos nie mieliśmy odwagi, a który teraz jest. Po prostu… Jestem szczęśliwy.

          -         Cieszy mnie to. A jak załamanie czasu i przeskok rzeczywistości oceniają nasi eksperci? Proszę o krótkie podsumowanie. Panie profesorze Utakata?

-         Przeanalizujmy pokrótce dzieje świata shinobi. Rozpoczyna go Era Walczących Krain, która później przechodzi w Erę Walczących Klanów. To okresy ciągłych wojen, śmierci i przelewania krwi, zajmujące niemal dziewięćdziesiąt siedem procent całej historii starego czasu. Potem, za sprawą sojuszu klanów Senju i Uchiha nastaje tzw. Era Ukrytych Wiosek, która przynosi ze sobą trzy Wielkie Wojny Shinobi; i pod koniec tej epoki Uchiha Madara doprowadza do wybuchu IV z nich. Tu nastąpił przełom światów. Teraz żyjemy od dwudziestu pięciu lat bez żadnych wojen, nie odnotowano nawet jednego przypadku morderstwa(!), co najwyżej dochodzi do pomniejszych przestępstw, z którymi świetnie radzą sobie nasze służby porządkowe. Bilans zdecydowanie na plus.

          -         Dziękuję. Pani dr Uzumaki, co pani powie o samym przeskoku?

-         Plan Madary, po aktywowaniu techniki Mugen Tsukuyomi, zostaje zaprzepaszczony. Sam Uchiha ginie a wraz z nim powinno zostać unicestwione wszystko, co stworzył. Jednak jego jutsu jest na tyle potężne, że zmienia bieg historii. Cofa wszystkie wydarzenia, włączając w to śmierć posiadacza sharingana, do momentu, w którym technika została aktywowana. Wówczas okazuje się, że rozbieżność zdarzeń jest zbyt duża, by mogła zmieścić się w ramach praw fizyki istniejącego wówczas świata; to coś jak nadpisanie rzeczywistości. Dochodzi do załamania czasu. Przez chwilę czas po prostu nie płynie, wtedy następuje przeskok rzeczywistości. Otoczenie zmienia się ze świata shinobi na nasz obecny świat rzeczywisty, po czym czas rusza od nowa, jakby wcześniej nie istniał. Niesamowite doświadczenie przeżyć coś takiego; tak samo jak niesamowita i wszechpotężna musiała być moc pana Uchihy. Pewnie żałuje, że już jej nie posiada.

          -         Nikt już nie posiada mocy, ale możliwe, że dla osoby, która dysponowała taką chakrą jej brak jest dotkliwy. Jak pan ocenia wpływ istnienia zdolności shinobi na powstawanie i eskalację konfliktów zbrojnych, panie prof. Sarutobi?

-         Nie sądzę, żeby koniecznym było dogłębne rozważanie tej kwestii, bo ci, którzy żyli i u kresu starego czasu, i w nowym czasie, sami widzą konsekwencje. Moc shinobi dawała nam większe możliwości bronienia naszych bliskich, ale także zacieśniała spiralę nienawiści, zamykając nas w wiecznie żywym,  toczącym się kręgu zemsty. Chakra była dobrodziejstwem i przekleństwem zarazem. Teraz, gdy wraz ze światem shinobi przestała istnieć, skończyły się krwawe wojny. Choćbyśmy chcieli mścić się za nasze krzywdy nie bardzo mamy jak, bo brak nam siły. To wymusza na nas odwoływanie się do pokojowych rozwiązań. Kiedyś o takich formach zażegnywania sporów można było jedynie marzyć. Każdy brał tego typu sprawy we własne ręce. Czuję ulgę wiedząc, że już się to skończyło.

          -         Wydaje mi się, że wszyscy doszliśmy do podobnych wniosków. Pozostaje mi więc, życzyć Państwu, i wszystkim, którzy nas oglądają, spokojnego, pełnego spełnienia życia. Bardzo dziękuję za rozmowę. Moimi, i Państwa, gośćmi byli: pan Senju Hashirama – przyjaciel Uchihy Madary, piastujący u kresu starego czasu funkcję shodai hokage, jego brat – pan Senju Tobirama, niegdyś drugi hokage oraz eksperci: starego czasu – pan prof. Utakata, świata shinobi – pani dr hab. Uzumaki Karin, a także polityki i wojskowości historycznych – pan prof. dr hab. Sarutobi Hiruzen, były sandaime hokage.

-         Dziękujemy.


Madara wyłączył telewizor. Zastanawiało go, w jakim celu wciąż rozgrzebują te stare sprawy. Wszystko dawno temu zostało wyjaśnione, a raczej, w jego opinii, zamiecione pod dywan. Oficjalnie i praworządnie wytoczono przeciw niemu sądowe procesy, ale został uniewinniony. Wszystko trochę trwało, a ludziom w tym czasie żyło się zbyt wygodnie, by chcieli  z tego zrezygnować, w związku z czym nie mogli go skazać, bo za przysłużenie się społeczeństwu w więzieniach się nie zamyka. Poza tym wyrok oznaczałby powrót do tego, co było, a nikt by na to nie przystał. Skończyło się ostatecznie na tym, że w swojej drobnomieszczańskiej moralności tylko na niego marudzili, by nie uznać zasług. A teraz, po dwudziestu pięciu latach od całego zamieszania, zaczynają na nowo od początku swoje wywody w jakichś plebejskich talkshow – pseudo-BBC dla ubogich.
Zegar wybijając szesnastą przerywał jego krótkie rozważania. Ubrawszy się pospiesznie w buty na motor i czarną skórzaną kurtkę, pochwycił kluczyki, i skierował się do garażu. Nie lubił się spóźniać, a bar, w którym był umówiony, znajdował się spory kawałek drogi od jego domu.
Na miejsce dotarł o czasie, lecz bardzo szybko, bo tuż po wejściu do lokalu, okazało się, że kompan każe mu na siebie czekać, o czym poinformował go telefonicznie; a właściwie smsowo. Kruczowłosemu nie pozostało więc nic innego, jak usiąść przy barze i zamówić piwo, co też niezwłocznie zrobił.
               -         I jak? – Po kwadransie przysiadł się do niego starszy z braci Senju. – Wybacz, że musiałeś czekać. Utknąłem w korku.
               -         Bez problemu – czarnooki posłał mu jedynie uspokajający uśmiech.
Hashirama zamówił piwo i zaraz ożywił się bardziej zaczynając temat, którym zamęczał Uchihę już od dobrego tygodnia.
               -         Oglądałeś?
               -         Taak.
Niepodzielająca jego entuzjazmu odpowiedź ani trochę nie zraziła szatyna.
               -         Nieźle Cię wybroniłem, co? – Dumny z siebie, uderzył Madarę w plecy między łopatkami.
               -         Noo… Rycerzu mój; jakże wielkie twe męstwo. – Zakpił czarnooki.
               -         Przestań się ze mnie nabijać! Ja im tam całą prawdę powiedziałem. Powinieneś się cieszyć, twoja wrażliwość i zasługi nigdy nie były należycie doceniane, ale teraz, po tym jak im nagadałem, to się zmieni, zobaczysz. Nikt już nie ośmieli się robić z ciebie demona.
              -         Hash, po prostu zrobiłeś ze mnie pizdę, która płacze na komediach romantycznych.
              -         Przesadzasz. Opowiedziałem jedynie o twojej drugiej, rzadko pokazywanej, wrażliwej stronie.
              -         Na jedno wychodzi. – Kruczowłosy wziął łyk piwa i zawiesił wzrok gdzieś w nieokreślonej przestrzeni przed sobą.
              -         Nieprawda – bronił się szatyn. – Miłość, przyjaźń, w ogóle wszelkie uczucia poza nienawiścią czy żądzą zemsty były w świecie shinobi właściwie wyrokiem samobójczym. Musimy o tym opowiadać, bo ci młodzi – pierwsze pokolenie wychowane w naszym świecie, oni nawet sobie tego wyobrazić nie potrafią. Dla nich od zawsze wszystko jest wygodne i bezpieczne. Powinni mieć świadomość, że kiedyś było inaczej. Właściwie to jesteś bohaterem. Bądź z siebie dumny.
               -         I co mi z tego? Więcej straciłem niż zyskałem. To nie mój świat. Nie takiego świata chciałem. – Rzucił cierpko Uchiha, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem.
               -         Daj spokój. Jest znacznie lepiej niż było. Wreszcie jest pokój; można bez strachu kochać i wychowywać dzieci.
               -         Gdybym mógł znów cofnąć czas, zrobiłbym to.
               -         Ale nie możesz. Madara, czego ty właściwie chcesz? Mamy niemal raj.
               -         Nie mam mocy.
               -         Chakra była przekleństwem – westchnął Senju. – Teraz to wiem. Rozumiem, że ci bez niej ciężko, mnie też czasami jej brakuje. – Z racji tego, że odpowiedziało mu jedynie westchnienie czarnookiego, postanowił kontynuować – teraz możesz mieć miłość. Nie żałuję utraty mocy, kiedy wiem, że w nowym świecie moja rodzina jest bezpieczna. Mogę cieszyć się na widok moich rosnących prawnuków i bez strachu spoglądać w stronę ich przyszłości. Też powinieneś założyć swoją rodzinę. Znajdź sobie kogoś zamiast wiecznie narzekać, że nie jesteś już wszechpotężnym władcą świata. Jestem pewien, że gdybyś czasami zastąpił tę posępnie groźną minę uśmiechem, jakaś kobieta z pewnością by się na ciebie skusiła – niestrudzenie doradzał szatyn. – Miłość już nie łączy się z cierpieniem, śmiercią i strachem. Nie musisz bać się, że ktoś odbierze ci ukochanych ludzi. – Zrobił pauzę i uważnie spojrzał na przyjaciela. – Madara, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Szturchnął czarnookiego w ramię, a gdy ten przeniósł na niego swój wciąż nieco nieobecny wzrok, dokończył – przestań bać się miłości. Zamknij ten rozdział w swoim życiu i rusz do przodu.
Uchiha w milczeniu wziął kolejny łyk piwa i powoli powiedział:
               -         To był najbardziej poroniony pomysł, żebyś ty zostawał psychologiem.
               -         E tam! To idealne dla mnie. Czuję, że się spełniam.
               -         Pierdolisz trzy po trzy. I ciągle analizujesz.
               -         Daję ci po przyjacielsku dobre rady. Doceń.
               -         Niedługo każesz mi czytać chorym dzieciom i przeprowadzać kaczuszki przez ulicę – zironizował kruczowłosy, który tzw. „dobrych rad Hashiramy” nie lubił jak niczego innego.
               -         Jak ty się czepiasz. Naprawdę potrzebna ci jakaś kobieta. Przestań się cykać i się zakochaj wreszcie. Znajdź sobie kogoś na długie zimowe wieczory, bo się starokawalerstwo zaczyna w tobie odzywać. Albo… Ja ci kogoś znajdę! – Senju, najwidoczniej wyobrażając już sobie przyjaciela z przedstawicielką płci pięknej u boku, uśmiechnął się chyba najszerzej jak potrafił, odsłaniając przy tym niemal wszystkie zęby i głośno wzdychając. – No na taki image, to żadna nie poleci – zaśmiał się beztrosko na widok piorunującego go morderczym wzrokiem Uchihy, po czym przechylił butelkę, biorąc duży łyk piwa i bacznie obserwując kompana, który zdawało się, znów odpłynął gdzieś na swoich myślach.
               -         Bo się utopisz! – Szatyn szturchnął Madarę w ramię.
               -         Co…?! – Wyrwany z zamyślenia czarnooki nie ukrywał nawet swojej dezorientacji.
               -         Jajco mój drogi kolego! Żonę sobie znajdź! – Rzucił tonem udającym rozgniewanie, ale równie szybko co zaczął, odpuścił. – Ale to później; w czwartek wieczorem jest finałowa walka Kakuzu, idziesz?
               -         Hash, nie boję się miłości i daj mi już spokój z tym pierdoleniem. A co do czwartku, to mam już plany.
               -         Plany? Ty masz wtedy plany?! – Brązowooki był jawnie zszokowany tym wyznaniem; w końcu mistrz sztuk walki i tak wielki miłośnik tych sportów jak Uchiha, powinien siedzieć w pierwszym rzędzie. – A czym to takim ważnym będziesz się wówczas zajmował, hmm? Albo kim?
               -         Odpuść – odarł krótko, nie zamierzając się tłumaczyć.
Uchiha rzucił na bar zapłatę i założywszy, wiszącą dotąd na oparciu wysokiego krzesła, kurtkę z czarnej skóry, zostawił Senju samego z jego domysłami, wychodząc zanim ten postanowi urwać mu dupę głupimi pytaniami.
               -         Interesujące… – Wymamrotał pod nosem Hashirama, gdy tylko został sam i wziął dwa, ostatnie duże łyki piwa.

Madara do domu wrócił po północy, jednak przed położeniem się spać, zagrzebał się jeszcze na dłuższą chwilę w papierach, które gromadził już od kilku lat. Jeśli chakra faktycznie była przekleństwem shinobi, to on miał tylko to przekleństwo. Nic więcej. I nie zamierzał z niego zrezygnować. Za żadną cenę. Wyniki jego badań przedstawiały się bardzo obiecująco. Musiał jednak upewnić się, że jego obliczenia są poprawne. Rzeczywistość lubi bardzo zaskakująco weryfikować równe rzeczy, niekoniecznie na korzyść. W każdym razie miał podstawę dla nadziei, a jeśli jego przypuszczenia okażą się prawdziwe, czego miał się dowiedzieć już niebawem, będzie mógł ułożyć konkretny plan.

Ma kogoś! Z tym przeświadczeniem, nabytym parę dni wcześniej w barze, Hashirama w czwartkowy wieczór przyczaił się nieopodal domu Madary i ruszył jego śladami. Nie spuszczał wzroku z dość elegancko ubranego przyjaciela, aż kruczowłosy wszedł do gmachu publicznej biblioteki. Senju z gorliwością udał się za nim i jak wielkie było jego zdziwienie, gdy powiedziano mu, że w auli będzie się właśnie odbywać spotkanie autorskie z jedną z  bardziej poczytnych pisarek, wie zapewne tylko on sam – i ci, którzy mogli wówczas zobaczyć jego twarz. Wiadomym było, że czarnooki kocha sztukę, ale shinobi; jeśli więc nie jest to autorka „Jak zabijać widowiskowo a skutecznie” to nie powinno go tu być. W związku z czym, kołatające się po mózgu szatyna: chyba, że…, mogło odnosić się tylko do jednego. Wziął od miłych państwa z obsługi broszurę informacyjną i dumnym krokiem przestąpił próg sali. Znalezienie w niej, mimo jej dużych rozmiarów, kruczowłosego nie było zbyt trudne. W końcu miejsca wokół Uchihy zawsze były wolne, tak awaryjnie; zgodnie z zasadą: nigdy nie wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy, więc usiądę z dala od niego – tak na wszelki wypadek. Przyczaił się więc strategicznie od tyłu do krzesła, na którym ów siedział i nie musiał jakoś szczególnie długo go obserwować, by usiąść na miejscu obok zamieniając swoje: chyba, że… na pełne satysfakcji: wiedziałem!
               -         Co ty tu robisz?! – Rzucił zaskoczony i jednocześnie niemało zmieszany Uchiha, do szatyna, który znikąd beztrosko pojawił się przy nim, zachowując się jak gdyby nigdy nic.
               -         Od lat jestem fanem jej książek – odparł niezrażony wrogim nastawieniem czarnookiego, nawet na niego nie patrząc.
               -         Doprawdy? Którą z jej książek lubisz najbardziej? – Zapytał ironicznie, obserwując narastającą panikę brązowookiego, który nie przygotował się odpowiednio do pytań z literatury. Kruczowłosy, widząc to, postanowił jednak nie drążyć tematu i uniósł jedną z groźnie zmarszczonych dotąd brwi. – A nie miałeś być dzisiaj przypadkiem na finałowej walce Kakuzu?
               -         Miałem – potwierdził denerwując tym przyjaciela jeszcze bardziej. – Ale kiedy tylko dowiedziałem się o takim wydarzeniu, nie mogłem sobie tego odpuścić!
               -         Senju – warknął już całkowicie wyprowadzony z równowagi Madara – nie drwij ze mnie.
               -         No dobra, śledziłem się. – Brązowooki odwrócił wreszcie w jego stronę twarz i wyszczerzył się tak promiennie, że Uchiha miał niepomierną ochotę jednym sprawnym ciosem pozbawić go całego uzębienia.
               -         Hash, ty nie potrzebujesz przypadkiem dobrego specjalisty? – Sarknął pełnym politowania tonem.
               -         Nie – beztrosko radosny głos szatyna sam zaprzeczył słowu, które wypowiedział, ucinając tym samym wszelkie spekulacje.
Kruczowłosy westchnął cierpiętniczo, świadom, że wykłócanie się z takim głupkiem jak jego kompan do niczego go nie doprowadzi. Bardzo długo przyszło mu czekać na ten dzień i nie pozwoli, żeby Senju mu go posuł. Przypatrywał mu się dyskretnie jeszcze przez dłuższą chwilę, a gdy doszedł do wniosku, że przyjaciel pochłonięty do reszty jakąś, zapewne bzdurną, urojoną przez siebie teorią, nawet się nie domyśla powodu jego udziału w wydarzeniu o takim charakterze, odetchnął z ulgą i skierował wzrok ku podium, na którym pojawił się już dyrektor biblioteki z zamiarem zapowiedzenia gwiazdy wieczoru. Kiedy tylko Katsuma Victoria, pisząca pod pseudonimem Yuzuki, pojawiła się, Madara, ignorując wcale nie ukradkowe spojrzenia szatyna, utkwił w niej swój przenikliwy wzrok. Niewysoka jasnowłosa kobieta przywitana głośnym aplauzem zasiadła przy niewielkim stoliku i odpowiadała na kierowane do niej przez dyrektora placówki pytania. Postawa i wypowiedzi granatowookiej – suche, cyniczne i obficie zakrapiane sarkazmem niczym jej maniera pisania – jak zwykle wzbudziły szerokie kontrowersje zarówno wśród fanów pisarki jak i adwersarzy, którzy mieli zwyczaj oddelegowywać na spotkania z nią grupki swoich reprezentantów. Kiedy po dwóch godzinach przyszedł długo wyczekiwany moment zadawania pytań, swoją dłoń uniósł również, będący pod stałym ostrzałem spojrzeń Hashiramy, Madara. Szatyn był niemało zdziwiony, ale widać było, postanowił powstrzymać się od komentarza, póki nie usłyszy czego czarnooki chce się dowiedzieć. Ton Yuzuki był zwyczajowy dla niej, więc część osób w trakcie rezygnowała ze swoich pytań zapewne z obawy przed odpowiedzią, jaka mogłaby paść. W końcu pracownik obsługi podał mikrofon i Uchisze, który przywitawszy się grzecznie z pisarką, powiedział:
               -         W wielu swoich książkach opisuje pani dziwne stany wewnętrznej mocy bohaterów; bardzo niestabilne, często prowadzące do upadku, a przede wszystkim aprzekładalne na język ludzki. W  „Powiedział, że reprezentowała dzikość gór” jest to psychotycznie rozchwiana duchowa siła, w „Bóstwie” moc twórcza, rodzaj natchnienia artystki, w „Dochodzeniu” tworzy pani cały świat mocy ponadnaturalnych, władnych kierować czym zechcą, a w „Hefrymorth Azvibk” drzemiącą wewnątrz trójki głównych bohaterów niestabilnie destrukcyjną moc, jak to pani nazwała, twórczej anihilacji. Chciałbym wiedzieć, co zainspirowało panią do wykreowania zarówno tego oryginalnego motywu, jak również postaci Isparfhka Sarruwama, Ozerfha Fummity, Yushize Rokrfym czy Bwretuzzy Mukkrveqza? Sama odczuwa pani podobne stany? Czy to wszystko jest właśnie tym, co artyści nazywają szałem twórczym? Należy to rozumieć jako metaforę weny? Dziękuję.
Gdy tylko kruczowłosy skończył i usiadł, Hashirama, mentalnie zbierając zęby z posadzki, wbił wybałuszone oczy w Uchihę. To, że drań czytał te wszystkie książki było dla Senju niepojęte do tego stopnia, że nie zarejestrował inteligentnego spojrzenia pisarki, bacznie mierzącego przez chwilę Madarę, zanim udzieliła mu odpowiedzi, którą ten chłonął, zdawałoby się, całym swoim jestestwem.
               -         No nie wierzę! – Szatyn, gdy tylko przekroczyli próg hallu zaatakował dziwnie uśmiechniętego czarnookiego, klepiąc go z zapałem po plecach. – Ależ cię rypnęło!
               -         A mogę wiedzieć o co chodzi? – Zapytał kruczowłosy unosząc brew. – Bo póki co, to „rypiesz” mnie tylko ty.  – Zaakcentował, układając palce w cudzysłowie.
               -         Nie zgrywaj się! – Szczebiotał do niego Hashirama, opierając przedramię o jego bark. – Myślisz, że przygłupi jestem, czy co? – Madara już przymierzał się do odpowiedzenia mu: a i owszem, jednak widząc jak szatyn się nakręcił, postanowił mu nie przerywać, gdyż zachodziła obawa, że wówczas dojście do sedna wypowiedzi zajmie Senju cztery razy tyle czasu, i będzie zmuszony o wiele dłużej słuchać jego, niekiedy ostro zjebanych, wywodów. – Widziałem jak na nią patrzysz! Nawet przeczytałeś te wszystkie jej książki! No nie mogę uwierzyć!
               -         Co ty… – Próbował jeszcze przerwać czarnooki, jednak na nic się to zdało, bo w tamtym momencie jego przyjaciel był nie do przegadania.
               -         Wielki Uchiha Madara wpadł jak śliwka w kompot! Wreszcie! Już myślałem, że nigdy się nie zakochasz!
               -         Co? Zaraz?!
               -         To jak masz zamiar ją zdobyć? Hmm? – Poruszył brwiami tak śmiesznie, że czarnooki z pewnością parsknąłby, gdyby nie to, co po tym geście usłyszał. –Nie mogę się już doczekać, aż zostanę wujkiem! – Wykrzyknął beztrosko Hashirama, na co kruczowłosy zatrzymał się zszokowany, nie wiedząc nawet, co temu debilowi odpowiedzieć. I stałby tak pewnie dłużej, gdyby jego kompan znów się nagle nie ożywił i nie pociągnął go za ramię w stronę bocznego korytarza. – Tam jest – zawołał ciągnąc go z całej siły w stronę szukającej czegoś w torebce pisarki. – Działaj – wyszeptał kruczowłosemu wprost do ucha i postawił go osłupiałego przed zdezorientowaną niespodziewaną sytuacją Yuzuki, która patrzyła to na niego, to na dumnego z siebie Senju.
               -         Coś się stało? – Zapytała jasnowłosa nie przestając mierzyć ich spojrzeniem.
Szatyn najpierw wystosował do niej kilka co prawda krótkich i zwięzłych, acz całkowicie bezsensownych peonów o, choć skrytym to bardzo wrażliwym, Uchihowym serduszku, po czym oświadczył uroczyście:
               -         Idę oddać mocz. – I ciesząc się jak dziecko, szybko odszedł w kierunku toalety.
               -         A… ha… – Granatowooka nawet nie ukrywała, jak bardzo się takiej odpowiedzi nie spodziewała.
Czarnooki, postawiony w obliczu tak idiotycznego popisu niezbyt dużej elokwencji Senju, sam nie wiedział jak wybrnąć z sytuacji.
               -         Przepraszam za niego. – Powiedział skonsternowany po chwili ciszy. – Nie najlepiej się dziś czuje.
               -         Nie da się nie zauważyć. – Powiedziała przypatrując mu się uważnie i zaglądając w oczy, jakby chciała zobaczyć dno źrenic. 
        Trwała tak przez chwilę, w czasie której nawet nie mrugnęła, aż krępująca cisza zaczęła być nieznośną.
               -         Bardzo ciekawy wieczór – zaczął by przerwać milczenie, które spowiło ich i ciążyło niczym ołów. – To miłe, że zgodziła się pani spotkać ze swoimi fanami…
               -         Ja nie mam fanów – przerwała mu natychmiast, a widząc jego uniesioną pytająco brew, dodała – to są fani moich książek. Mnie to oni nawet nie znają, a nawet gdyby znali, to moim fanem nikt by nie był, bo mam naprawdę trudny charakter i ciężko ze mną wytrzymać.
               -         Sądzę, że ktoś na pewno by się znalazł – odparł po chwili zaskoczenia jej niespodziewaną szczerością.
               -         Nie lubię, gdy ludzie zbytnio interesują się moim życiem.
               -         Ale odpowiada pani na ich pytania – zauważył i była to uwaga na tyle trafna, że Yuzuki popatrzyła na niego znów wnikliwie, jakby lekko wycofana lecz czujna.
               -         Pan zdaje się ma więcej ciekawych pytań – rzuciła niby od niechcenia, jednak jej uśmiech sugerował, że domyśla się ich treści.
               -         Nigdy nie dość pytań o dobrą literaturę – powiedział, uśmiechając się nieznacznie.
               -         Mnie się nie obłaskawia komplementami.
               -         Co zatem pani proponuje? – Zapytał ukrywając zdziwienie, że pochwała nie połaskotała jej ego z odpowiednim skutkiem. – Ja, herbatę.
               -         Ja układ. Może być przy herbacie.
               -         Jestem zainteresowany – powiedział uśmiechając się zagadkowo i wskazując ręką na hall, w stronę którego niezwłocznie ruszyli.
Szli w milczeniu. Ekscytacja Madary rosła z każdym krokiem; jako najlepszy u kresu starego czasu sensor był w stanie wyczuć jej chakrę. Miała ją. Naprawdę ją miała. A to oznaczało, że nie wszystko stracone. Zastanawiał się tylko czy jego rozmówczyni domyśla się czego od niej chce oraz jaki układ zamierza mu zaproponować.
W końcu usiedli przy jednym ze stolików, w niemal całkowicie pustej, bibliotecznej kawiarence. Krzątało się tam jedynie kilka osób z obsługi i organizatorzy, którzy czekali na Katsumę; widząc jednak, że przyszła w towarzystwie, i to tak nieoczekiwanym, postanowili zająć swoje miejsca, i poczekać, aż pisarka sama do nich dołączy. Tymczasem jasnowłosa poprosiła kelnera o gorącą topioną czekoladę, której wielką miłośniczką była, a kruczowłosy zadowolił się filiżanką zielonej herbaty słodzonej miodem.
               -         Możemy od razu przejść do rzeczy panie Uchiho Madaro? – Odezwała się pierwsza, kiedy tylko otrzymali swoje zamówienie.
               -         Wie pani kim jestem – uśmiechnął się nieznacznie przekrzywiając głowę.
               -         Nie ukrywajmy, trudno nie wiedzieć, kim pan jest – zauważyła również z lekkim uśmiechem, tyle, że nieklasyfikowalnej emocji.
               -         Zupełnie jak z panią.
               -         Czy zatem zbliża nas ten fakt do siebie na tyle, że  możemy pozwolić sobie na pominięcie oficjalnej tytulatury?
               -         Bardzo proszę.
               -         Katsuma Victoria – wyciągnęła do niego przez stolik rękę. – Można Vii, można też Yuzuki.
               -         Uchiha Madara – uścisnął delikatnie jej dłoń.
               -         Ad rem. Mam propozycję, która jak sądzę, zainteresuje cię, Madaro. Chcę napisać o tobie książkę. O tobie i twoim… – odchrząknęła na wspomnienie niedawnej scenki kabaretowej – przyjacielu. Mam pewien ciekawy pomysł, ale potrzebuję konsultacji.
               -         Co otrzymam w zamian? – Zapytał nie dając po sobie poznać żadnych emocji, które właśnie zaczęły poskakiwać z radości.
               -         Będziesz mógł zadawać pytania. A ja na nie odpowiem. Co ty na to?
               -         Nie jestem przekonany.
               -         A co cię przekona?
Uśmiechnął się. Jego myśli krzyczały: twoja chakra! ale powiedzenie tego wprost nie wchodziło w rachubę. Musiał dobrze przemyśleć jak wszystko rozegrać, by dostać to, co chce.
               -         Powiedzmy, że wstępnie się zgodzę, jednak z możliwością renegocjacji.
               -         W jakim zakresie?
               -         Omówimy to na pierwszej, jak to nazwałaś, konsultacji.
               -         Niech będzie.
               -         Zatem, czwartek za tydzień o osiemnastej?
               -         Wcześniej muszę jeszcze porozmawiać z twoim przyjacielem…
               -         Przyprowadzę Hashiramę – przerwał jej.
               -         Zgoda – uśmiechnęła się z wyraźną ulgą i wyciągnęła z torebki kartkę, na której zapisała swój numer telefonu. – Jakby coś się zmieniło, informuj.
Potwierdził skinieniem głowy i schował papier do kieszeni marynarki.
               -         Więc ustalone – posłał jej nieco tajemniczy uśmiech, który odwzajemniła.
Dopili napoje i pożegnali się. Katsuma odeszła do czekających na nią organizatorów, a Uchiha skierował się do wyjścia. Gdy tylko je przekroczył, napadł na niego rozentuzjazmowany Senju. Po tym jak brązowooki zarzucił go setką pytań mniej i bardziej kretyńskich,  poobskakiwał go zewsząd oraz pookładał go po przyjacielsku po plecach, i ramionach, kruczowłosy w końcu zdobył się na odwagę, by spytać:
               -         Możesz mi wyjaśnić, co to było z tym moczem?! – A ton jego głosu wskazywał jasno, że wymaga odpowiedzi w trybie natychmiastowym.
               -         Aa… Wybacz – zaśmiał się Sejnu, drapiąc się w tył głowy. – Chciałem was zostawić samych, żebyście mogli ten… No i wiesz…
               -         Właśnie nie wiem.
               -         Chciałem ci pomóc. Sam nigdy byś do niej nie podszedł.
               -         To mi więcej nie pomagaj. Bo to, co ty nazywasz „pomocą” jest zwykłym ośmieszaniem siebie i mnie przy okazji.
               -         No przepraszam, przepraszam, daj już spokój, dobra?
               -         Dobra; tylko, żebyś mi tego, kurwa, więcej nie robił.
               -         Spokojnie – szatyn klepnął przyjaciela między łopatki – umówiliście się? – Uniósł sugestywnie brwi, na co Uchiha przewrócił ze zrezygnowaniem oczami.
               -         Tak. Umówiliśmy się, na czwartek.
               -         Wow…
               -         Też idziesz – dodał.
               -         Co?
               -         Normalnie, zbierasz dupę i idziesz ze mną.
               -         Mam ci asystować?! Znaczy wiesz, to miło, że o mnie pomyślałeś, ale moja obecność może wam popsuć atmosferę. No i ta pisareczka, nie będzie skrępowana, że ktoś będzie uczestniczył w waszych intymnościach.
               -         Jakich intymnościach?! Już całkowicie baterie w mózgu padły?! – Madara wskazującym palcem stuknął brązowookiego w czoło.
               -         Oj, weź, nie fochaj się na mnie. Uroczo wtedy wyglądasz, ale nie rób tego – zaśmiał się, jednak morderczy wzrok Uchihy momentalnie go uciszył.
               -         Widzimy się za tydzień. – Rzucił, po czym odwrócił się i zaczął odchodzić.
               -         Madara! – Hashirama zawołał jeszcze za nim, ale nie otrzymał żadnej reakcji.

    Kruczowłosy bardzo długo zastanawiał się jak rozegrać sytuację, w której się zupełnie przypadkowo, a całkiem opatrznie znalazł. Nie mógł sobie pozwolić na błędy. Pośpiech był zbędny, zważywszy na to, ile dotąd czekał. Chakra nie mogła od tak po prostu przestać istnieć – nic, co jest, nie znika – mogła zatem się jedynie zmienić. Od lat zbierał materiały, dokładnie przyglądał się każdej poszlace, sam poczynił stosowne obliczenia i wszystko wskazywało na to, że moc shinobi musiała zmienić miejsce. Tylko miejsce. Nie właściwości, nie skutki, nie wygląd, nie masę, nawet nie formę, a jedynie miejsce, w którym jest zdeponowana. W końcu znalazł i obszar, gdzie doszło do przetransformowania chakry na specyficzny rodzaj fal elektromagnetycznych. Kolejne wyliczenia w oparciu o pomiary natężenia pola wskazywały, że musiała powstać jakaś anomalia, bo wielkości chakry, istniejącej w świecie ninja i tej w nowym czasie, były rozbieżne. Przez lata szukał odpowiedzi, aż zupełnie przypadkiem natrafił na tę śmieszną, alogiczną, zionącą szaleństwem, chaosem i bzdurą, pokracznie napisaną książkę neurotycznie rozchwianej, cynicznej wariatki utopionej we własnym psychotyzmie. Czytało się z trudem, bo zdarzenia miotały się w szale i w szale urywały jakby w kolejnych napadach schizofrenicznych, rozrywały się, drżały, targały, płodziły, anihilowały i w końcu nie wiadomo było: ani kto, ani gdzie, ani co, ani nic, a ponad tę fabularną jałowość nieznośny był też upośledzony styl, w którym wszystko było nie na swoim miejscu i tworzyło hybrydę ciężką do przetrwania, uderzającą o wyżyny absurdu. Mimo to, czytał, bo zasadniczy, rwany co chwilę, motyw, opierał się na doznaniach psychicznych i somatycznych charakterystycznych przy skumulowaniu bardzo dużej ilości chakry. Madara znał ten stan, czuł coś podobnego kiedy znajdował się w Edo Tensei i później, kiedy został zaatakowany przez Zetsu. Przegrzebał wszystkie informacje jakie były dostępne na temat tego, co robiła Katsuma Victoria u kresu starego czasu i okazało się, że nic innego, co robi teraz, pisała pod tym samym pseudonimem, podobnie durnowatym stylem książki o kiepskiej fabule. Przeczytał je wszystkie, jednak w żadnej z nich nie znalazł nic, co przypominało by ten motyw, zaistniały w jej twórczości po przeskoku rzeczywistości, a który tak go interesował. Wniosek nasuwał się sam. Postanowił ją znaleźć, co nie było trudne, bo okazało się, iż w przeciwieństwie do kresu starego czasu, współcześnie czytelnicy zaczęli cenić sobie psychodelię, przez co pomysły jakie poronił jej mózg znajdowały jakichś fanów. By potwierdzić swoją teorię zbliżył się do niej, niespodziewanie, dzięki Hahiramie. Gdyby wiedział, nigdy nie dopuściłby do naszego spotkania; teraz zostało mi już tylko nie spierdolić, pomyślał Madara. Musiał ją odzyskać. Chakra była wszystkim co pozostało mu, gdy stracił Izunę, a Senju nie sprzeciwił się swojemu młodszemu bratu i pozwolił zepchnąć klan Uchiha na obrzeża Konohagakure. Moc shinobi była jedyną siłą, która mogła stworzyć nowy świat, gdzie odzyskałby wszystkich i wszystko co stracił. Był to jego jedyny cel, przyświecający mu przez następne długie lata jego życia. Niemal go osiągnął, był już tak blisko i wszystko trafił szlag. Ale nadal jest nadzieja. Tym razem powinno być nawet łatwiej, bo gdy odzyska chakrę nie będzie nikogo, kto mógłby stanąć naprzeciw niemu. Konsultacje do książki, zadrwił w myślach. Niech będą, nie mogę się doczekać.

  Rozmowy w czwartek i kolejne spotkania przebiegły prawie pomyślnie, jeśli nie liczyć tego, co robił Hashirama próbując go wyswatać, ale nawet to ostatecznie obróciło się na jego korzyść, bo wynegocjował popremierowe spotkanie we dwoje. Senju zarzucał go później swoimi tzw. ”dobrymi radami” jak najskuteczniej uwieść kobietę i innymi bredniami odnośnie psychiki płci pięknej, które Uchihę gówno interesowały, za to efektywnie odwracały uwagę Hashiramy od zamierzeń, które kruczowłosy zaczynał coraz śmielej realizować.
 
    Nastał w końcu wielki dzień. Rozreklamowana wszędzie gdzie się dało, co oczywiście było wyłączną zasługą starszego z braci Senju, premiera książki zatytułowanej „Śmierć Bogów”, autorstwa Yuzuki. Hasło: „poznaj ostatnie słowa Madary” było bardzo chwytliwe. Rozpętało szaleństwa w księgarniach stacjonarnych i internetowych, wypowiedzi krytyków literatury lały się strumieniami w telewizji, prasie, radiu, a na koniec całego tego cyrku wieczorne spotkanie autorskie z Katsumą, a także Uchihą i Hasiramą jako z głównymi bohaterami, w gmachu tej samej biblioteki. Wywiad, pytania, autografy, zdjęcia… Aż wreszcie wszystko się skończyło i wraz z jasnowłosą stanął w jej domu, mogąc zdobyć to, czego pragnął jak niczego innego.
               -         Więc? – Zapytała granatowooka, siadając na salonowej kanapie – dlaczego tak bardzo chciałeś się spotkać po tej premierze.
               -         Bezpośrednia jak zawsze.
               -         Nie lubię ludzi, więc logicznym jest, iż nie chcę spędzać z nimi więcej czasu niż to konieczne. Co prawda są wyjątki, do których należysz, ale mój limit znoszenia obecności innych dziś się już wyczerpał…
               -         Chcę ci coś zaproponować, Vii – przerwał jej, przechodząc od razu do konkretów.
               -         Słucham zatem.
               -         Tworzysz nowe światy. Wspaniałe, pełne cudacznej oryginalności, dziwne, psychodeliczne, ale twoje własne. Byłabyś w stanie z tego zrezygnować?
               -         Oczywiście, że nie! Ale do czego zmierzasz?
               -         Widzisz, ja też nie potrafię – westchnął i usiadł obok niej. – Dlatego podzielę się z tobą władzą, jeśli mi coś dasz. Pozwolę ci stworzyć świat jaki zapragniesz – w rzeczywistości, nie na papierze. – Nastała chwila głuchej ciszy, którą przerwało pytanie kruczowłosego – zadowala cię to?
               -         Czego ty chcesz ode mnie?
               -         Mocy.
               -         Mocy? Jakiej mocy? Jedyną moc jaką posiadam, to siła twórcza. Niezależnie od czasu pisałam i pisała będę.
               -         Chcę chakrę – sprecyzował.
               -         Nie mam jej.
               -         Masz. Masz to uczucie. Dziwne uczucie, przez które szalejesz i pogrążasz się w chaosie.
               -         Nie dam ci go! – Krzyknęła, błyskawicznie zrywając się z kanapy i stając naprzeciwko niego. – Nasza umowa tego nie zakładała.
               -         Nie potrzebujesz go - ja tak. Nie chcę, żebyś mi oddała całe, tylko podzieliła się nim ze mną. Nic cię to nie kosztuje, nic nie stracisz, jest bezbolesne i całkowicie dla ciebie bezpieczne. – Czarnooki również wstał, podszedł do niej i chwycił ją za rękę.
               -         Nie, mowy nie ma. Poproś o coś innego.
               -         Niczego poza tym nie pragnę. Daj mi moc; to tylko kilka pieczęci – mocniej ścisnął jej rękę.
               -         Madara, odejdź! Nie dam ci tego! Puść mnie!
               -         Nie krzycz tak do cholery – zasłonił jej usta ręką i obserwował jej wzrastające przerażenie. – Jeśli będziesz posłuszna nic ci się nie stanie. To tylko kilka pieczęci, no już. Inaczej wezmę ją siłą.
               -         Nie! – Odpowiedział mu zduszony jego dłonią krzyk.
    Zaczęła się szarpać, wyrywać i jak się okazało, miała sporo siły jak na kobietę. Nie chciał jej zabić. Chciał ją jedynie uciszyć i wziąć część jej mocy. Wiele przeszedł, długo wyczekiwał, a teraz, kiedy był tak blisko, ona odmawiała mu. Nie zamierzał zadawalać się nie tym lizakiem, którego chce. Wówczas wszystko poszło nie tak. Ona tak po prostu wyszarpnęła się, tak po prostu upadła na stół uderzając głową w kant i, tak po prostu osunęła się na podłogę martwa.

Uchiha Madara był pierwszym, którego w nowym czasie oskarżono o morderstwo. Siedział samotnie, jako demon, jako potępieniec, jako wyklęty ojciec nowej rzeczywistości zamknięty w ponurej celi, gdzie miały kresu dobiec jego dni. Stracił wszystko, włączając w to nadzieję, umierającą zawsze na końcu matkę głupców, która opuściła go przed czasem. I jedyne co mógł robić, to godzinami, dniami, latami wpatrywać się w premierowy egzemplarz „Śmierci Bogów”, z autografem Yuzuki, i czytać wciąż na nowo zakończenie:
„Otworzył oczy pełne beznadziei. Oczy szaleństwem zionące. Oczy puste. I patrzył tym swoim niewidzącym wzrokiem, gdzieś, gdzie nie wiedział nikt, choć widzieli wszyscy.
               -         Nie odrywając spojrzenia od tego co przede mną, nienawidziłem tego co za mną. A wszystko co kochałem - kochałem w samotności – wyszeptał Madara. – Kochałem moją wizję, kochałem moją zemstę, kochałem moje oczy – oczy, które dały mi potęgę.
                           I patrzył, po to, by nie widzieć. I zamknął oczy, by nie otworzyć ich więcej.„